Ekwador kocha życie

Drukuj
Kategoria: Aktualności
Opublikowano o. Gerwazy Podworski ofm

Ojciec Seweryn Matyasik po 14 latach pracy w Argentynie 15 lipca 2015 r. rozpoczął nową misję w południowo-wschodniej części Ekwadoru blisko granicy z Peru. Ekwador - to część Ameryki Łacińskiej. Ojciec Prowincjał Jarosław Kania i ja moderator misyjny o. Gerwazy Podworski ruszyliśmy w stronę Ekwadoru kilka dni po historycznej wizycie Ojca świętego Franciszka. Dnia 10 lipca późnym popołudniem wyjechaliśmy z Krakowa do Warszawy gdzie dotarliśmy o godz. 22.00. Po krótkiej nocy o. Franciszek przełożony klasztory zawiózł nas o godz. 04.30 na lotnisko Okęcie w Warszawie. Po odprawie bagażowo - paszportowej odlecieliśmy liniami KLM o godz. 06.05 do Amsterdamu. Pierwsza część długiej podróży minęła bardzo szybko. Po 1 godz. i 40 minutach dolecieliśmy do miejsca przesiadki. O godz. 10.05 gotowi byliśmy do startu w daleką podróż za ocean. Dobiega 4 godzina lotu jesteśmy już po napojach i posiłku które były serwowane kilka razy przez całą 12-sto godzinną podróż. Pod nami tylko woda dzieląca dwie półkule. Bóg nas prowadzi rękami pilotów holenderskiej linii lotniczej KLM. Po 10-ciu godzinach lotu zaczyna się pod nami stały ląd. Do Ekwadoru jeszcze 2 godziny lotu. Wiele godzin siedzenia robi swoje.

Plecy, kręgosłup nadały by się pod sprawne ręce masażysty którego niestety zapomnieliśmy zabrać ze sobą. Szczęśliwie wylądowaliśmy o godz. 14.05 miejscowego czasu, w Polsce była już godz. 21.05. Jednym słowem podróż minęła spokojnie. Nikt nie był głodny ani spragniony. Napoje kupione na lotnisku nie były potrzebne. Obsługa samolotu dbała o pasażerów bardzo skrupulatnie. Po kontroli paszportowej i odbiorze bagażu udaliśmy się na zewnątrz gdzie oczekiwał na nas kleryk czwartego roku seminarium ze samochodem. Po 40 minutach dotarliśmy do klasztoru w stolicy państwa Quito. Klasztor franciszkanów jak twierdza, otoczony murem jak Watykan. Budowa rozpoczęta w 1534 roku a zakończona 100 lat później. Bardzo wielki obiekt w samym sercu starej części miasta. Teren bardzo nierówny (miasto w górach ok. 2000 m n p m. Obecnie w klasztorze znajdują się szkoły i boiska sportowe dla młodzieży, uczy się tutaj ok. 1000 dzieci.  Po zakwaterowaniu zwiedziliśmy muzeum historii tegoż obiektu w towarzystwie dwóch naszych współbraci o. Seweryna Matyasika i o. Olafa Bochnaka, którzy przybyli w nocy rejsem z Buenos Aires. Mszę św. odprawiliśmy koncelebrowaną pod przewodnictwem miejscowego franciszkanina. Niewiele ze Mszy świętej rozumieliśmy ale ratowaliśmy się OREMUSEM w naszym języku. Później była wspólna kolacja na salce. Okazało się, że na mieście zamówiono "catering" spaghetti z odpowiednią salsą. W Europie jada się lepsze spaghetti z lepszym sosem. I tak minął dzień sobotni dłuższy o 7 godzin.

Rozpoczęła się niedziela 12 lipca. Tym razem odprawiliśmy we czwórkę Mszę św. z brewiarzem w kaplicy domowej po polsku. Dzisiejszy dzień został zaprogramowany na zwiedzanie okolicy. Ponieważ samo słowo Ekwador oznacza RÓWNIK więc najpierw w towarzystwie kleryka  (tego samego) tam się udaliśmy. Miejsce to znajduje się na wysokości 2483 m n p m. Znajduje się odpowiednie muzeum, kaplica przez której środek przechodzi równik, sklepy dla turystów i wioska dla tubylców. Spędziliśmy tu około godziny i udaliśmy się na miejsce wulkanu PULULAHUA. Ekwador ma wiele wulkanów w tym 3 są czynne. Następna atrakcja to wyjazd kolejką linową na szczyt 4050 m n p m. Przy kolejce linowej było bardzo duża kolejka, czekaliśmy 30 minut. Wagonik zabierał 6 osób, dobrze że tych wagoników było kilkanaście więc ludzi ubywało. Niektóre wagoniki miały specjalne zaczepy na rowery. Na rowerach można jeździć po szlaku jeszcze wyżej. Ze szczytu był imponujący widok na góry częściowo pokryte chmurami i na panoramę miasta 2000 m niżej. Na tej wysokości jest również kaplica Matki Bożej Bolesnej i zaplecze gastronomiczne. Przydały się też długie rękawy ochraniające przed zimnym wiatrem. Po mile spędzonym czasie kolejką zjechaliśmy na dół i pojechaliśmy do miasta gdzie zjedliśmy obiad. Po dobrym posiłku zwiedziliśmy bazylikę należącą do księży oblatów, których w całym kraju jest tylko 25-ciu. Bazylika wielka i podziwu piękna. W klasztorze zmówiliśmy wspólnie brewiarz i po wieczornych rozmach udaliśmy się na spoczynek nocny. O. Prowincjał Jarosław i o. Seweryn czekali jeszcze na ojca prowincjała Dr Mario Liroy Ortegę. Po konstruktywnych rozmowach i oni udali się na spoczynek nocny.

Poniedziałek 13 lipca. O 4 rano sam ojciec prowincjał Dr Mario Liroy Ortega zawiózł nas na lotnisko, udzielił nam błogosławieństwa na  pracę o. Seweryna i naszej bernardyńskiej prowincji w diecezji Zamora w parafii Guayzimi. Odlot na lotnisko Loja w prowincji Zamora odbył się zgodnie z planem i wylądowaliśmy o godz. 07.05. Lotnisko jest na wysokości 800 m n p m. Otoczenie lotniska sprawia wrażenie jakbyśmy wylądowali na wsi. Pracownicy kurii biskupiej oczekiwali na nas dwoma samochodami i po godzinnej jeździe  ciągle pod górę dojechaliśmy do miasta Loja na wysokości ok. 2500 n p m. Tu zjedliśmy w restauracji śniadanie, odwiedziliśmy kościół franciszkanów i katedrę. Na rynku przy kościele franciszkanów obrazek ewangeliczny o robotnikach czekających aż ktoś ich najmie do pracy. Większość z oczekujących to fachowcy w budowlance. Widać też tzw. czyścibutów dorosłych jak również dzieciaków może 10-12 lat mających. Ręce czarne od tej brudnej pracy. Po krótkiej wizycie w mieście udaliśmy się w dalszą drogę do siedziby biskupa Waltera Jehowa Heras Segarra,  O.F.M., który sprawuje urząd biskupa od 2009 w mieście Zamora. Siedziba wikariatu apostolskiego mieści się w murach klasztoru franciszkańskiego. Klasztor od dawien dawna był siedzibą franciszkanów i biskupa Zamory. Od 1990 roku nie ma w nim franciszkanów, więc obecnie wszystko jest pod zarządem biskupa Waltera który jest franciszkaninem. Zakwaterowano nas w nowej części wikariatu apostolskiego niemalże na dachu. Widać że jeszcze prace nie są skończone ale warunki do spędzenia czasu wyśmienite. W międzyczasie przybył biskup i kilku kapłanów. Odbyło się przywitanie, rozmowy na tarasie z którego mogliśmy oglądać całe otoczenie wikariatu. Miasto robi wrażenie biednego, zaniedbanego tak jakby nie miało dobrego gospodarza. Jednak my przyjechaliśmy tu w innych celach, więc nie będę oceniał wyglądu, chociaż czytelników i przyjaciół misji interesuje chyba wszystko. Może uda się wiele pokazać na zdjęciach. Po takim radosnym przywitaniu udaliśmy się na parter do jadalni. W czasie obiadu przybywali jeszcze kolejni kapłani. Na obiad była zupa (daleko jej do polskiej), drugie danie z rybą, czerwone wino i deser owocowy. Po obiedzie udaliśmy się na siestę. Po odpoczynku odprawiliśmy nasze modlitwy i Mszę św. Ojciec bp. prowadził każdego dnia nowennę przed uroczystością Matki Bożej Szkaplerznej, która jest patronką miasta. Odprawiał Mszę s. z kazaniem o godz. 19.00. Kościół był wypełniony wiernymi, którzy codziennie przychodzili czekając na wielkie święto Matki Bożej Szkaplerznej  patronki miasta. Po Mszy sw. o 20.30 rozpoczęliśmy kolacje prowadząc rozmowy w języku hiszpańskim i włoskim. Zakończyliśmy kolejny dzień.

Wtorek 14 lipca. Tego dnia po śniadaniu odbyło się w centum Caritas w Wikariacie Apostolskim spotkanie z księżmi pracującymi w Wikariacie. W Wikariacie pracują księża z różnych krajów: 3 z Peru, 1 z Austrii, 1 z Kolumbii, 3 z Polski (od jutra 4) pozostali są ekwadorczykami. Wszystkich jest 27 kapłanów. Na początku przedstawiono program spotkania i przywitano naszą zakonną grupę. Ks. Rakoczy przedstawił ojca prowincjała tłumacząc słowa prowincjała. Wspomniał ojciec prowincjał Jarosław o pierwszych spotkaniach z ojcem biskupem w księżówce w Zakopanem i w Leżajskim sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. W przemówieniu podkreślił naszą minoritas - o której przypomniano na ostatniej kapitule generalnej odbywającej się w maju w Asyżu. Nie przyjechaliśmy sami mówi ojciec prowincjał. Przywiozłem ze sobą relikwie naszych zakonnych świętych św. Jana z Dukli i św. Szymona z Lipnicy Murowanej aby misjonarze mieli pomoc świętych współbraci. Prosił ojciec prowincjał zgromadzonych księży aby interesowali się naszymi misjonarzami i w razie potrzeby pomogli. Za kilka miesięcy po nauce języka przybędzie ojciec Tymon Dolański. Pomagajcie tym bernardyńskim misjonarzom mówił ojciec prowincjał Jarosław Kania. Ojciec Olaw z Argntyny przedstawił się sam i ja również po włosku powiedziałem kilka zdań o sobie. Następnie przemówił ojciec biskup Walter dziękując za naszą tutaj obecność i wzmocnienie franciszkanizmu na tym terenie. Kolejni kapłani przedstawiali się i na zakończenie ojciec biskup przedstawił charakter pracy wikariatu. Mamy 1200 katechistów, organizację Caritas, pracę socjalną, radio i tv. Na tym zakończył się nasz udział w spotkaniu. Nowy proboszcz, misjonarz o. Seweryn Matyasik został już na dalszym spotkaniu kapłańskim gdzie omawiano sprawy bieżące szczególnie dotyczące zakończonej wizyty Ojca świętego Franciszka.

Mamy więc wolny czas. Ks. Rakoczy za pozwoleniem biskupa został naszym przewodnikiem na te kilka godzin. Ojciec prowincjał miał własne zajęcia a ja i o. Olaf udaliśmy się z naszym opiekunem do prywatnego mini ZOO. Były małe boa dusiciele z jednym takim metrowym zrobiliśmy sobie zdjęcie. Były tartarugi, krokodyl, papugi, małpy, dużo roślinności tropikalnej. Oprowadzała nas właścicielka posesji zafascynowana swoimi okazami. Było bardzo ciekawie. Jest tutaj też mini muzeum staroci. Następnie udaliśmy się do szkoły franciszkańskiej. Trwają już wakacje ale dzieci dwójkowicze mają przymusowy miesiąc nauki aby poprawić swoją wiedzę. Automatycznie mają krótsze wakacje. Klasy szkolne bardzo ubogie. Kilkunastu uczniów się uczy. Na murze szkolnym piękne plakaty z tematyki życie świętego Franciszka, autorstwa dzieci. Zwiedziliśmy małe muzeum rzeczy użytkowych ojców i dziadków. Dzisiaj się już takich przedmiotów nie używa. Znajdują się też dwa namioty plemion indiańskich: szuara i saraguros. Wróciliśmy na obiad do wikariatu. Obiad uroczysty zakończony wspólnym zdjęciem w wirydarzu klasztornym. Wieczorem odprawiliśmy Mszę św. i modlitwy brewiarzowe. Ojciec biskup odprawił jak zwykle nowennę ze Mszą św. ku czci Patronki miasta i zakończyliśmy dzień kolacją. Następny dzień bardzo ważny, to dzień objęcia nowej placówki misyjnej przez naszą bernardyńska prowincję.

Środa 15 lipiec. Po śniadaniu o godz. 8 wyjeżdżamy do Guayzimi 60 km. Nazwa miasta tłumaczy się dosłownie "sieć do wyciągania ryb". Jak się okazało podróż trwała 2.5 godz. Pierwsza przygoda to samochód z biskupem złapał gumę i konieczna wizyta u wulkanizatora. Całe szczęście, że było to przy mieście ZUMBI, więc po 20 minutach ruszyliśmy dalej w kolumnie 5 samochodów dostosowanych do trudnych warunków. Widzimy skutki lawin błotnych, drogi częściowo nieprzejezdne i nieustannie naprawiane. Miejscowy kierowca mówił że rocznie ok 20 razy są na tych drogach podobne osuwiska. Miejscami wygląda to bardzo tragocznie. W jednym miejscu stoimy kilkanaście minut bo pół drogi nie ma i czekamy na tzw. mijankę. Na dużym odcinku asfaltu nie było, nie ma i nie będzie. Warunki drogowe tylko na samochody duże i terenówki. Na długości 30 km drogi mijamy często dźwigi, spychacze i ciężarówki do transportu ziemi i skał. Dojechaliśmy na czas. Na początku miasta przy centrum sportowym witają nas władze miasta i przedstawiciele parafii. Jest około 200 ludzi. Nagłośnienie było na samochodzie i przemowy odbyły się radosne przy tym centrum. Ludzie miejscowi raczej ubodzy i niskiego wzrostu. Po władzach miasta przemówił ojciec biskup Walter a na końcu ojciec Seweryn. Po przemowach idziemy do kościoła około 500 m. Jest bardzo ciepło i wilgotno, bardzo szybko po plecach zaczął spływać pot. Dotarliśmy do kościoła gdzie oczekiwali nas pozostali parafianie. Kościół nie jest okazały ale za to parafianie oddani. Przy kościele z jednej strony jest szkoła a z drugiej plebania i w tym samym podwórku dom sióstr zakonnych. Kościół został udekorowany w trzech kolorach: watykańskim i biało czerwonym. Po krótkiej toalecie o godz. 11.00 rozpoczęła się najważniejsza uroczystość w nowej historii prowincji. Kościół wypełniony po brzegi parafianami, którzy dzisiaj żegnają proboszcza odchodzącego i w tej samej uroczystości witają pierwszego proboszcza z zakonu św. Franciszka o. Seweryna Matyasika. Po kazaniu o tematyce franciszkańskiej o. Seweryn rozpoczął wyznanie wiary które odmówiliśmy wszyscy razem. Następnie odbyło się przekazanie kielicha i kluczy do tabernakulum nowemu proboszczowi. Następnie ojciec biskup i o. Seweryn z o. prowincjałem Jarosławem udali się na próg wejścia do kościoła. Biskup symbolicznie pokazał ojcze Sewerynie oto Twoja Nowa Parafia pobłogosław. Ojciec proboszcz o. Seweryn znakiem krzyża pobłogosławił całą parafię to jest to miasteczko i 34 wioski i powróciwszy do ołtarza podpisano odpowiednie dokumenty. Były też oklaski. Msza św. zakończyła się o 12.30. Na końcu delegacje pożegnały proboszcza, który odchodzi na inną. Delegatki Indian "Szuara" wręczyły staremu i nowemu proboszczowi ozdoby na nadgarstek, na szyję oraz różaniec. Te podarunki przekazał ojciec misjonarz Seweryn dla naszego biura misyjnego MUTIMA. Po zakończonej Mszy świętej udaliśmy się na plac szkolny obok kościoła na część artystyczną. Tańczyli i śpiewali dzieci, młodzież, dorośli i podopieczni domu opieki. Były też przemowy i wychwalanie nowego misjonarza. Pani odpowiedzialna za szkolnictwo w całym powiecie wręczyła ojcu prowincjałowi Jarosławowi Kani odpowiedni dyplom z tej nadzwyczajnej okazji. Uroczystości zakończyły się 0 godz. 14.15. Następnie w magistracie zjedliśmy przygotowany dla gości obiad. Magistrat to budynek dwupiętrowy. Na dole sklepy, biura i sala widowiskowa w której właśnie zjedliśmy obiad. Po obiedzie ojciec Seweryn przejął klucze i dokumenty kancelarii i budynku parafialnego. Na parterze jest kancelaria i salka katechetyczne, od strony ulicy wydzierżawione sklepy. Na piętrze kuchnia, pokój proboszcza i trzy pokoje gościnne. Całe obejście bardziej przypomina wieś niż miasto. No ale przecież jesteśmy na początku puszczy amazońskiej, więc nie szukajmy tu super wieżowców i super samów itd. Po godz. 17 w towarzystwie "starego" ks. proboszcza i kilku osób udaliśmy się kilkanaście kilometrów do wioski św. Józefa (wiele miejscowości w Ekwadorze nosi imiona świętych). Jakież nasze rozczarowanie. Tutaj jest kaplica św. Józefa, dosłownie trzy domki. Tu właśnie ma swój drugi domek burmistrz (alkajde) miasta Guayzimi. Wszystko wykonane z drewna miejscowego. Dach przykryty porządną blachą. Obok część przykryta dachem na sposób indiański. O godz. 18.15 robi się już ciemno, tak jest w okolicach równika. Dzień równy nocy. Spacer do wodospadów był więc krótki ok. 500 m. W tej okolicy ludzie mają swoje mini gospodarstwa rozrzucone na wielkiej przestrzeni. Widać to szczególnie nocą gdy widzi się w oddali światło. W jednym przypadku alkaide powiedział, że tam daleko widać kopalnie złota. A w tej kaplicy Msza św. jest zawsze 19 dnia każdego miesiąca. Po sympatycznym spotkaniu, zabawie z dwoma chłopcami Antonim i Raulem i kolacji wróciliśmy w deszczu na teren plebani. Było ciemno ale ojciec misjonarz Seweryn jako kierowca spisał się na medal i dojechał sprawnie do miasta powiatowego Guayzimi. Zakończyliśmy dzień modlitwą brewiarzową przy stole kuchennym i szybko okazało się, że dach nad kuchnią przecieka, elektryka też zostawia dużo do życzenia. I tak zakończył się historyczny dzień w życiu ojca Seweryna i naszej zakonnej bernardyńskiej prowincji.

Czwartek 16 lipca. Mszę św. odprawiliśmy o 7 rano w kaplicy u sióstr zakonnych ekwadorianek. Również śniadanie było u sióstr. Podziękowaliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną do Zamory. Po drodze nawiedziliśmy dwie placówki misyjne polskich księży: ks. Zdzisława Rakoczego i Andrzeja Juszczyca i Stanisława Mularza. Ich kościoły są przy drodze asfaltowej. Mają też do obsługi po kilkadziesiąt wsi. Przy parafii ks. Rakoczego działa też katolicka telewizja. Tutaj zjedliśmy obiad. Pierwszy raz zjedliśmy żaby na głębokim oleju. Smakowały pośrednio między kurczakiem a rybą. Po obiedzie pożegnaliśmy ojca Seweryna, który wrócił do Guayzimi a my do biskupa Waltera do miasta Zamora. Miasto szykowało się do uroczystości odpustowej. Platforma samochodu towarowego pięknie udekorowana czekała na swoją wieczorną chwilę, aby obwozić figurę Matki Bożej Szkaplerznej po ulicach miasta.  Pożegnaliśmy gospodarza diecezji biskupa Waltera i pojechaliśmy na lotnisko w Loja. Po godzinnym locie dotarliśmy do stolicy kraju Quito. Z lotniska odebrał nas współbrat i przywiózł do klasztoru. Po zakończonych modlitwach pożegnaliśmy się z ojcem Olafem, który wcześnie rano pojechał na lotnisko i wrócił do Buenos Aires (6 godzin lotu).

Piątek 17 lipiec. Poranna Msza św. z brewiarzem, na śniadanie mogłem zrobić sobie jajecznicę. Odbyliśmy ostatnie rozmowy z ojcem prowincjałem Dr Mario Liroy Ortegą na temat studiów językowych o. Tymona Dolańskiego. Po spotkaniu ja poszedłem na miasto aby zobaczyć kawałek życia w centrum miasta. W ciągu dwóch godzin zrobiłem dużo zdjęć, warto było się spocić. Jest to jedno z najpiękniejszych miast Ameryki Łacińskiej 16 wieku. W południe zjedliśmy obiad i pracownik klasztoru zawiózł nas na nowe lotnisko. Jechaliśmy godzinę i bez problemów zrobiliśmy odprawę. Samolot KLM był prawie pełny. Po nabraniu wysokości dostaliśmy napoje. Wkrótce okazało się, że lądujemy jeszcze w Ekwadorze. Godzinę mieliśmy przerwę. W tym czasie posprzątano samolot i z nowymi pasażerami samolot pełen po brzegi (316 osób) odleciał w kierunku Europy. Bogu niech będą dzięki za powrót do domu.  

Franciszkański Sekretariat Misyjny MUTIMA
ul. Bernardyńska 46
34-130 Kalwaria Zebrzydowska
tel. 338766304 w. 244/237 ; 506 249 452

Bank Zachodni W.B.K. S.A. oddział w Krakowie
75 1500 1142 1211 4003 4118 0000