Tymon w Ekwadorze

Drukuj
Kategoria: Aktualności
Opublikowano ojciec Tymon Dolański

Ekwador – Koniec świata i początek nowego.
          
Tymek-5 Ekwador przywitał mnie słońcem i niepokojem w sercu. Sam lot, choć męczący, był spokojny. Moje serce mocniej zaczęło kołatać w Momocie ujrzenia Ekwadorskiej ziemi.
Moja głowa pełna była wątpliwości, czy z lotniska któryś z braci mnie odbierze. Tworzyłem kilkanaście scenariuszy na wypadek gdyby nikogo nie było. Odprawa przebiegła spokojnie. Odebrałem bagaż i ruszyłem w kierunku wyjścia. Z tłumu wyłoniła się kartka z napisem Tymon. Jak na filmach.

Padre Mario – prowincjał, przywitał mnie mocnym uściskiem i razem ruszyliśmy w kierunku samochodu. W drodze do klasztoru nasza rozmowa przebiegała spokojnie. Szukaliśmy do siebie słów w j. angielskim. Ogromne wrażenie zrobił na mnie widok domów usytuowanych na  zboczach gór w których położony jest Ekwador.
Po dotarciu do mojego nowego domu, padnięty poszedłem spać. Na drugi dzień zapoznałem się z harmonogramem dnia jaki panuje w Klasztorze. Po śniadaniu postanowiłem ruszyć na miasto. Po godzinie wróciłem do klasztoru. Wróciłem załamany. Chodząc po waskich uliczkach widziałem nędze człowieka. Zapach jedzenia sprzedawanego na każdym kroku mieszał się z zapachem moczu, brudu i ubóstwa. Spacer po mieście zmienił moje myślenie o Quito, które jak się okazuje nie należy do bezpiecznych.
Po kilku dniach przełamałem barierę kontaktu. Zacząłem próbować rozmawiać… choć w dużej mierze to nie był j. Hiszpański. Mój organizm powoli zaczął się przyzwyczajać do wysokości na której położone jest miasto. 2800 m n.p.m to dużo jak dla europejczyka. Grając w kosza z braćmi po pięciu minutach już miałem dość. Samo wyjście po schodach okazywało się ogromnym wysiłkiem.
Po dwóch tygodniach życia w Ekwadorze razem z moim współbratem Sewerynem ruszyliśmy w kierunku Orientu. By dotrzeć do Guayzimi potrzebowaliśmy 12 godzin jazdy samochodem. Jak się okazało droga nie była łatwa. Ostre zakręty i droga przez Andy z przepaściami, których nigdy wcześniej nie widziałem. Od Los Encuentros droga do Guayzimi okazał się straszną męką dla mojego nieprzyzwyczajonego żołądka. Po dotarciu zastanawiałem się, czy wszystkie wnętrzności mam na swoim miejscu.
Podczas mojego pobytu w Oriencie mogłem na własnej skórze doświadczyć trud misyjnej posługi.
4 października, w dzień pełen emocjonalnych wspomnień( tych Franciszkowych), dane mi było sprawować Eucharystię w wiosce indiańskiej YAYU. By do niej dotrzeć z
Geovana Ñauñay Moyón ruszyliśmy w kierunku Nuevo Paraiso. W godzinę trzydzieści dotarliśmy na miejsce. Padało a droga momentami wymagała ogromnego skupienia. Wsiedliśmy w łódkę i po 30 min byliśmy już na miejscu.
Pomyślałem I will worship You my God w tym co widzę, w tym co jem i w tym co piję. Chicha wcale nie należy do przyjemnych... lepiej nie wiedzieć w jaki sposób jest robiona. Pijąc ją niestety wiedziałem... Zamurował mnie widok dzieci, które w deszczu, brudne i śmierdzące biegały. Jedne w butach, drugie bez ale pełne radości.
Po spędzonych dwóch tygodniach w Amazonii wróciłem do stolicy, do Quito by kontynuować naukę języka hiszpańskiego. Nie jest łatwo, ale jak to bracia mówią poco a poco. Powolutku a będzie dobrze.

Czytelniku pozdrawiam Cię z ziemi Indian i proszę o modlitwę za mojego współbrata  Seweryna i za mnie. Byśmy nieśli Słowo Chrystusa a nie słowo swoje.

Franciszkański Sekretariat Misyjny MUTIMA
ul. Bernardyńska 46
34-130 Kalwaria Zebrzydowska
tel. 338766304 w. 244/237 ; 506 249 452

Bank Zachodni W.B.K. S.A. oddział w Krakowie
75 1500 1142 1211 4003 4118 0000